Ciekawe, którą część mózgu należałoby zepsuć, aby zmienić
swoje zapatrywanie na otaczający nas świat. Może losową. Coś
psujesz i masz problem, nad którym zastanawiasz się. Cała uwaga
skupia się wówczas na owym problemie (np. na braku wzroku).
Mózg z pozoru zdrowy bywa bardziej chory i zagmatwany niż mózg chory.
Mózg chory ma na czym się skupiać, ma z czym walczyć, ma cel. Mózg
zdrowy często takiego celu nie ma. Błądzi i żyje tylko po to, by żyć, a żyć
nie potrafi.
    Ciężko jest żyć, gdy jedynym celem jest samo życie a ostatnie złudne
marzenia zostały wyparte przez realizm tegoż życia - życia w pewnym, określonym
środowisku. Mózg sam stwarza sobie bariery, związane z psychologią
otoczenia. Tak przesiąka przekonaniami innych, że będąc wolnym umysłem, 
nie jest w stanie rozkoszować się tą wolnością. Cały czas czuje się 
inny, odizolowany od społeczeństwa, nie spełniający jego wymogów. Taki
umysł doskonale wie z czego rodzą się jego egzystencjalne problemy, ale
pomimo tej wiedzy nie jest w stanie zmienić własnych zachowań. Czasami
wydaje się, że posiadł już taką zdolność, gdy nagle przychodzą momenty
zapomnienia, zapętlenia, kiedy nie wiadomo jak sobie radzić z krytyczną
sytuacją wywołaną przez wrogie otoczenie. Niektóre umysły wpadają wówczas
w obłęd; chcą stać się niebytem. Inne pragną stracić marzenia bezpowrotnie
by nie oszaleć.
    Taki mózg nie ma siły walczyć, nie ma nawet na to ochoty. Nie potrafi
podzielić się z innymi własnymi myślami, gdyż jest ich zbyt wiele i są
zbyt trywialne dla otoczenia. Umysł woli milczeć. Zamilknę.
A wszystko to po to, by w momencie śmierci przez ułamek sekundy poczuć się kimś wielkim. Żałosne. Kto nam to wmówił? Czemu nie potrafimy żyć dla samego życia jak zwierzęta? Ludzkie zastanawianie się nad wyższym celem życia to straszna choroba.